MAMMA MIA – recenzja filmu
Wrzesień 5th, 2008 Wpisane w RóżnościByłem i powiem tak: dawno się tak nie ubawiłem. O muzyce w sensie wsłuchiwania się w dźwięki albo w jakieś szczegóły aranżacyjne szybko zapomniałem. No, może poza wokalem Bonda, który prawie położył mnie pod fotel i stopy mojej przeuroczej towarzyszki. Ale, to tylko – w mojej ocenie – dodało temu filmowi smaczku i takiego słodziutkiego humoru.
Chociaż, spodobało mi się bardzo świeże brzmienie przebojów ABBY i wychwyciłem kilka szczegółów z oryginalnych nagrań, które zostały gdzieś w to wszystko wplecione. Pojedyncze partie wokalne nie zostały zrobione na odpiernicz – zwłaszcza te żeńskie. Zresztą, maczali w tym wszystkim palce panowie: Benny Andersson i Björn Ulvaeus ( zdaje się, że obaj mignęli mi gdzieś w kadrze ). Ale prawdziwą bombą tego filmu jest niewątpliwie kreacja Meryl Streep. I pomyśleć, że ta aktorka ma blisko 60 lat (…) To jest po prostu klasa i już. “The Winner Takes It All” , Meryl zaśpiewała profesjonalnie. A jeśli nawet jakiś muzykolog wytknie tam jakieś nieczystości, to ja powiadam: tak, być może ona nie jest profesjonalną wokalistką, ale proszę mi znaleźć wśród sześćdziesięcioletnich, profesjonalnych wokalistek aktorkę, która potrafiłaby tak zagrać w tym fragmencie filmu – zresztą nie tylko w tym fragmencie. Poza tym, Meryl w młodości odebrała klasyczne wykształcenie muzyczne – uczyła się operowe emisji głosu. Dla mnie wielka klasa i profesjonalizm – abstrahując już, od rzeczywiście kiczowatej fabuły tego filmu. Ale przecież to nie jest ( i chyba nie miał być ) dramat Szekspira. Ja tam ubawiłem się doskonale, a jak tylko pojawi się film na DVD, biorę bez namaczania. Wyszedłem z tego filmu nieomal popłakany ze śmiechu i w doskonałym nastroju. Polecam wszystkim gorąco – bez względu na płeć, wiek i upodobania muzyczne. A nawet tym, którzy traktują muzykę śmiertelnie poważnie, bo nad tym wszystkim unosi się duch dobrej, nieśmiertelnej muzyki rozrywkowej, o którą dzisiaj tak trudno.